Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/nullus.w-zboze.walbrzych.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
Izzy nie ukrywał, że widuje się z nią często.

- Nie. Poza tym jestem uzbrojony.

Mark leżał na wznak, przykryty jedynie do połowy, z ob¬nażonym torsem. Musiał pracować, gdy zmorzył go sen, ponieważ obok niego stał otwarty laptop, wciąż włączony, a na niebieskim ekranie jarzyły się jakieś poplątane kreski. Henry zwinął się w kłębek pod ramieniem stryjka i spał słodko jak aniołek. Widać było, że czuł się dobrze i bez¬piecznie.
Mark oniemiał na moment.
Maską...
- Może to cię zdziwi, ale nie jestem zupełnie pozba¬wiony wrażliwości.
przejął Jean-Paul. Ja byłem dopiero trzeci w kolejce do tro¬nu, więc nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będę rządzić Broitenburgiem. A tu taki pech!
- Oczywiste jest to, że mnie pan z kimś pomylił. Owszem, mam siostrę, ale kiedy cztery lata temu ostatni raz widziałam Larę, jechała z jakimś milionerem na Lazu¬rowe Wybrzeże i z całą pewnością nie zamierzała rodzić dzieci. Za nic nie chciałaby stracić figury. Siostrę mam, sio¬strzeńców mieć nie będę. A teraz, jeśli nie ma pan nic prze¬ciwko temu, wrócę do swojej pracy. - Sięgnęła po wiertarkę.
odłożony na chwilę papieros Bankiera sam zgasł. Bankier jak zwykle był bowiem zajęty swoimi obliczeniami.
- Wiem - przerwał jej szorstko. - Niczego nie oczekujesz, o nic nie prosisz. Przeciwnie, chcesz mnie obdarować. Ale ja nie przyjmę twojego daru, bo nie chcę niczego zniszczyć.
- Dorośli naprawdę są bardzo dziwni, przynajmniej niektórzy. Jak mogą żyć nie mając przyjaciela i nie będąc dla
- Czy ty nie rozumiesz, że swoimi kaprysami możesz sprawić komuś przykrość? Służba przygotowała wspaniałą kolację na twoją cześć. Nie pozwolę ci ich obrazić. To bardzo wartościowi ludzie, pozostali lojalni rodzinie pomimo skan¬dalicznego traktowania. Większość z nich służyła jeszcze u mojego wuja. Są uszczęśliwieni powrotem Henry'ego, doceniają twoją troskę o niego, chcą cię godnie powitać, a ty co? Stroisz fochy?
na żadnych mapach. Pierwszą osobą, którą ów podróżnik spotkał, była młoda dziewczyna. Ponieważ znał wiele
Tak, jak umiał najlepiej, założył nową pieluszkę i za¬piął ją - może trochę krzywo, ale jakoś się trzymała. Wziął Henry'ego na ręce i zaniósł do swojej komnaty. I ani na moment nie przestał się zastanawiać, gdzie też podziewa się Tammy.
- Mark, ja nie mogę...
zabijać ludzi. - Chris pochylił się do przodu, siedząc na samym brzegu kanapy. - Gdy tylko wyszedł z więzienia, zapewne wściekły na cały świat, zgłosił się do pracy w naszej odlewni. Danny odrzucił jego podanie. Podobnie jak wszyscy inni, Klaps zdawał sobie sprawę, że zatrudniamy wielu przestępców na warunkowym, ponieważ pracują za małe pieniądze. Nadziany forsą Danny reprezentował wszystko, czego nienawidził Klaps i co winił za wszystkie swoje niepowodzenia. I oto Danny nie przyjmuje go do pracy. W połączeniu z incydentem, w którym braliśmy udział wszyscy trzy lata temu, wydaje mi się, że stanowi to wystarczająco dobry motyw do morderstwa z zemsty. - Watkins mógł obserwować Danny'ego, czekając na odpowiednią chwilę, aby zadać cios - przejął opowieść Beck. - W niedzielne popołudnie poszedł za Dannym do domku rybackiego. Taka jest nasza hipoteza. - Klaps jest wystarczająco głupi, żeby zapomnieć o przyniesieniu przynęty, gdy ustawiał wszystko tak, aby wyglądało na to, że Danny wybrał się na ryby - dodał Chris. - Nie wiedział również o awersji Danny'ego do łowienia. Huff wstał z fotela i okrążył pokój, sycąc się widokiem swojej własności i piekącym smakiem tytoniu na języku. - Wszystko to brzmi pięknie, przyznaję, ale to tylko spekulacje. Nie masz niczego na poparcie swojej teorii. - Mam Klapsa - odparł Chris. - Zrobił się strasznie zadowolony z siebie, inaczej w ogóle nie podszedłby do Sayre w barze, nie sądzisz? Nigdy przedtem nie próbował jej podrywać. Kolejnego wieczoru zaś obraził całą naszą rodzinę. Beck jest świadkiem. Huff rzucił spojrzenie na Becka, który pokiwał twierdząco głową. - To prawda. Inni też to słyszeli. - Co na to Rudy? - Wspomniałem mu o tym raz. - Nie wydawał się chętny do skorzystania ze wskazówki - powiedział Chris, wyraźnie wkurzony pozorną obojętnością szeryfa. - Nie sądzisz, że powinien przesłuchać Watkinsa? - Co najmniej. - Huff podszedł do stolika i strząsnął popiół z papierosa do popielniczki. - Rudego zostaw mnie. Zanim ktokolwiek zdołał powiedzieć coś więcej, Selma zapukała lekko do drzwi i natychmiast weszła. - Przesyłka, panie Hoyle. Huff gestem nakazał Beckowi odebrać kopertę FedExu. - Cokolwiek to jest, mógłbyś się tym zająć? - poprosił. - Oczywiście. Beck wziął kopertę od Selmy i otworzył ją. W środku była pojedyncza kartka papieru. Huff obserwował Becka, który szybko przebiegł ją wzrokiem, a potem przeczytał wiadomość ponownie, tym razem uważniej. Gdy skończył, przeklął pod nosem. Huff zauważył zaniepokojone spojrzenie, jakie rzucił Chrisowi. - Złe wieści? - spytał. - Dalej, mów o co chodzi. Beck się zawahał, co jeszcze bardziej zirytowało Huffa. - Do diabła! - wrzasnął. - Kto tutaj rządzi, ja czy nie ja? - Przepraszam, Huff - odparł cicho Beck. - Oczywiście, że ty. - Skoro tak, przestań się ze mną bawić w kotka i myszkę i powiedz, o co chodzi. - To list od Charlesa Nielsona. Słyszał o wypadku Billy'ego Paulika. Huff włożył papierosa do ust i zaczął balansować na piętach.

- Niech pan zacznie być ze mną szczery.

Mark wcale nie wiedział, czy usłyszy właśnie taką odpowiedź. On, który kiedyś był tak pewny siebie...
Ochmistrzyni przenosiła zdumiony wzrok z Tammy na księcia.
Biuro Charlesa Nielsona mieściło się w budynku banku na Canal Street, w centrum Nowego Orleanu. Dzielił dwudzieste piętro z dwoma dentystami, firmą pośredników inwestycyjnych, psychologiem i niezidentyfikowanym przedsiębiorstwem z inicjałami w nazwie. Biuro Nielsona znajdowało się na samym końcu wyłożonego dywanem korytarza, po lewej. Na drzwiach, wypisane skromną czarną czcionką, widniało jego nazwisko. Mała poczekalnia była wyposażona w proste, przydatne w tego typu pokoju meble - dwa obite tapicerką fotele i maty stolik od kompletu ze stojącą na nim lampą. Przy biurku w recepcji siedziała ładna kobieta w średnim wieku. Rozmawiała właśnie z Sayre, gdy do biura wszedł Beck. Trudno powiedzieć, które z nich było bardziej zdumione - Sayre czy Beck. Spoglądając ponad ramieniem Sayre, recepcjonistka przywitała Merchanta serdecznym: „Dzień dobry". - Witam - powiedział. - Zaraz się panem zajmę. Tymczasem proszę spocząć. Beck nie skorzystał z zaproszenia. Pozostał na miejscu, ciekawy, co miała do powiedzenia Sayre, która na jego widok zesztywniała, jakby kij połknęła. - Najwyraźniej nastąpiło jakieś małe niedopatrzenie. Czasami pan Nielson umawia się z kimś na spotkania, a potem zapomina mi o tym powiedzieć, żebym mogła zanotować to w kalendarzu. - Nie zapomniał... - Sayre przerwała i chrząknęła. - Nie zapomniał pani powiedzieć o tym spotkaniu, ponieważ nie byłam umówiona. - Ach tak. W jakim celu chciałaby się pani z nim zobaczyć? Z przyjemnością przekażę mu wiadomość. - Nazywam się Sayre Lynch. Kiedyś Hoyle. Uśmiech recepcjonistki zbladł. - Hoyle od Hoyle Enterprises? Z tych Hoyle'ów? - Tak. - Rozumiem. - Nie sądzę. Nie przyszłam tutaj jako reprezentantka mojej rodziny. Recepcjonistka złożyła ręce i położyła je na biurku, jakby szykowała się do wysłuchania wyjaśnień Sayre. - Jestem pewna, że pan Nielson przyjmie tę wiadomość z zainteresowaniem. - W rozmowie z nim proszę podkreślić, że chciałam zaoferować mu swą pomoc. - Tak, rozumiem. Pan Nielson... - Nagle zadzwonił telefon. Recepcjonistka uniosła palec wskazujący, prosząc Sayre o chwilę cierpliwości, i odebrała. - Biuro Charlesa Nielsona. Nie, przykro mi, nie ma go w pracy. Czy mogę przekazać mu jakąś wiadomość? - Sięgnęła po notatnik i zaczęła coś zapisywać. Sayre zwróciła się w stronę Becka. - Śledziłeś mnie? - Nie pochlebiaj sobie. W przeciwieństwie do ciebie, ja byłem umówiony. Gdy tylko recepcjonistka odłożyła słuchawkę, ominął Sayre i podszedł do biurka. - Pani jest zapewne Brendą - powiedział z uroczym uśmiechem, głosem słodkim jak miód. - Tak. - Rozmawialiśmy kilkakrotnie przez telefon. Nazywam się Beck Merchant. - O mój Boże - rzuciła nerwowo sekretarka. - Nie dotarła do pana moja wiadomość? - Wiadomość? - Pan Nielson musiał wyjechać w pilnej sprawie. Zostawiłam panu wiadomość na poczcie głosowej, że nie będzie mógł spotkać się z panem dziś po południu.

kompletnie stracimy rozsądek, dobrze? Beck skinął głową obcesowo, a Huff wymruczał coś pod nosem. Chris potraktował to jako sygnał do kontynuacji wywodu. - Jak to zauważył Beck, pani Paulik może zmienić zdanie. Na pogotowiu trochę jej odpaliło, nic dziwnego, w takiej traumatycznej sytuacji. Pewnie odgrywała scenkę, którą zobaczyła wcześniej w Ostrym dyżurze. Założę się, że dziś jest inaczej. W bezlitosnym świetle dnia rzeczywistość wygląda znacznie mniej kolorowo. Może z większą chęcią przystanie na ugodę. Po drugie, Billy Paulik zawsze był wzorowym pracownikiem. Nigdy nie sprawiał kłopotu. Kiedy dojdzie do siebie, zapewne sam przyzna, że postąpił niewłaściwie i to był jego błąd, nie nasz. Będzie zbyt zażenowany, żeby ciągać nas po sądach za wypadek, który nastąpił nie z naszej winy. Huff zastanowił się przez chwilę nad argumentami Chrisa, po czym zwrócił się do Becka: - Widziałeś jego żonę. Co o niej sądzisz? Przemawiała przez nią histeria? - Mam nadzieję, że Chris ma rację, ale płacicie mi za to, żebym rozważał najgorsze scenariusze. Wczoraj w nocy pani Paulik wyraziła się nader jasno o swoich planach wobec przedsiębiorstwa. - Zamierza nam urwać jaja? - Myślę, że powinniśmy się przygotować na taką ewentualność, a przynajmniej na bardzo nieprzychylną krytykę ze strony społeczeństwa. - W takim razie spróbujmy zażegnać konflikt - rzucił Chris, wciąż usiłując załagodzić sytuację. - Powstrzymajmy ją, zanim na dobre się rozkręci, zademonstrujmy naszą dobrą wolę. Zaoferujmy ich dzieciakom sponsorowaną wyprawę do „Toys 'R' Us". Wyślijmy nowiutkiego, lśniącego suva do ich garażu. A może opłaćmy za nich czynsz za rok z góry? Ta rudera, w której mieszkają, nie może zbyt wiele kosztować. - To nasza rudera - powiedział Huff. - Jest jednym z wynajmowanych przez nas mieszkań. - Tym lepiej. Możemy ją odmalować, przeprowadzić remont, zainstalować grill w ogródku. Po tym wszystkim założę się, że pani Paulik zastanowi się dwa razy, zanim pozwie nas do sądu. Zwłaszcza że może przegrać. Beck, jestem pewien, że potrafisz ją o tym przekonać. Bo inaczej musielibyśmy wyrzucić ją ze świeżo odnowionego domu, odebrać samochód i wszystkie inne prezenty. - Co o tym myślisz? - Huff spojrzał na Becka. - Przypuszczam, że nie zaszkodzi spróbować. Polecę komuś z biura, żeby przygotował pakiet dobrej woli, zaczynając od suva. - Ja zaś, żeby wytrącić jej z rąk argument o niebezpiecznych warunkach pracy, nakażę wyłączenie podajnika do czasu jego naprawy - dodał Chris. - Już został wyłączony. - Od kiedy? - Chris spojrzał na Becka. - Od godziny. - Na czyje polecenie? - Moje. Chris poczuł przypływ złości. Był kierownikiem produkcji, ale najwyraźniej Beck mało sobie robił z jego pozycji. - Przepraszam, jeżeli przekroczyłem swoje kompetencje, Chris, ale dziś rano odwiedziłem halę fabryczną, żeby ocenić sytuację. - Od tego jest George Robson. - Był tam, napuszony jak zwykle i równie nieużyteczny. Każdy idiota potrafiłby zrozumieć, że podajnik powinno się wyłączyć. Pomyśl, jak reszta pracowników odebrałaby brak takiej reakcji. Zupełnie jakby to, co zdarzyło się Billy'emu Paulikowi, nie miało dla nas żadnego znaczenia.

- Nie wszyscy. Powiedziałbym, że może pół na
- Panowie, kawa gotowa - zawołała Jessica, wychodząc z kuchni. -
- Całkiem zgrabnie udało ci się podsumować sytuację w kilku

- Panno Dexter...

Prawdopodobnie wygląda na porządnego obywatela,
na jednym z taboretów przycupnął jakiś mężczyzna i czytał gazetę. Był
łypanie spode łba.